podrywaczka i... ADAM




Onegdaj było tak w Londku Zdroju iż każda laska która poruszała się po ulicach bez męskiego opiekuna, była zobowiązana do noszenia przy sobie garści dziegciu i żeńszenia oraz kłębek zwiniętego sznurka do snopowiązałek. Szunrek w czasach wiktoriańskich był towarem deficytowym, a że po ulicach krążyło wielu chcących zakupić ów sznurek podchmielonych natarczywych rolników, toteż zobowiązano samotne kobiety do noszenia takich materiałów przy sobie. Kiedy jakiś upierdliwy rolnik namolnie miałby chcieć zaciągnąć do łóżka - kobieta wręczałby mu sznurek od snopowiązałki i był już spokój. Żeńszeń miał służyć jednak na pobudzenie przyrodzenia mężczyzny, który napatoczył się samotnej kobiecie, która z miłą chęcią chciałaby się w szybki sposób zapoznać z przechodniem. No i już ostatni składnik tego obowiązkowego ekwipunku. Dziegć. Służy wtedy pomocą, kiedy gość był na tyle upierdliwy, że nie dało się go zwieść sznurkiem, a i z ryła mu waniało odorem, więc takiego jedynie można było załatwić sposobem, umieszczając mu w kaszy któą miał zamiar jeść tegoż specyfiku. Koleś miał 2dni z głowy na bank. Takim to starodawnym sposobem także i ja postanowiłam napatoczyć się jakiemuś kochasiowi. Z tego też względu zaczęłam swą wędrówkę w londyńskim metrze, gdzie aby dopasować się do całego śmierdzącego otocznia postanowiłam puścić na zewnątrz parę dyfuzyjnych gazów jelitowych - czyli mieszaninę gazów, głównie azotu, dwutlenku węgla, siarkowodoru, metanu, powstałych w układzie trawiennym na skutek połykania powietrza oraz procesów fermentacyjnych bakterii symbiotycznych. Moja sfera, która po wstała w wyniku strawienia wczorajszego bigosu z białą kiełbasą wprawiła w zakłopotanie kilkunastu facetów, którzy ruszyli za mną czując swąd polskiego bigosu. Nagle odwróciłam się i postanowiłam zagrać rolę polskiej dziennikarki, która poszukuje wysportowanego, mężnego polaka, który w Londynie zarabia na podwiązki i damskie łaszki wieczorem chętnie zakładanymi do knajpy. Udało mi się zwabić Adama, który na codzień zajmuje się obserwacją ptaków, rozmyślaniem nad sensem życia owadów i cyklicznymi ruchami wody. Kiedy wróciłam z łazienki w sexi łaszkach, a Adaś poszedł do kibla zdjąć kilogramy sera spod napletka, legendarnym sposobem wrzuciłam mu trochę zmielonego żeńszenia do kawy. Skończywszy konsumpcję kawuni nagle Adamowi samo z siebie zaczęły pęcznieć spodnie w okolicy łączeń nogawek. Rzucił się zatem ten pizdoliz na cipkę mą łysą i język jego długi czerwony giętki począł tarmosic mnie od środka wylizując najdalsze zakamarki koło punktu G. Ot i tak dzięki Adamowi mogę stwierdzić iż dusza pizolizania w narodzie nie wygasła!
© 2002-2018 TOMcki Team